Piosenka przewodnia.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

1. Nadeszła pomoc i nadzieja.


1.              Nadeszła pomoc i nadzieja.

Te czarne linie to były kontury, takie jakie ma rasa ludzi z galaktyki Zaelion. Ras tej galaktyki widziałam mnóstwo, mecze galaktycznego futbolu emitowali na Eurosporcie, a ja kocham sport. Mało co go oglądałam, bo matka się znęcała. Ale to co zrobiła… To było niewybaczalne.
Wracając do tematu, gdzie ja byłam. Kontury, cieniutkie kontury.
- Gdzie ja jestem? – pomyślałam. Byłam w ogromnej białej dziurze, która miała wygląd mnie tak jakbym na placka spadała. Popatrzyłam się w bok i zobaczyłam nieco czerwonego płynu, mojego płynu niestety. Pewnie podczas mojego upadku, musiałam sobie mocno jeszcze obedrzeć rany.
- Muszę się ruszyć i zobaczyć gdzie jestem… - próbowałam wstać ile sił, ale nie udało mi się. – No cóż… drugie podejście – tym razem jakoś wstałam i wyszłam z tego „śnieżnego dołka”. Wędrująca dziewczyna z białymi i krótkimi włosami jeździła na snowboardzie. Tylko dlaczego ja głupia nie krzyknęłam, żeby mi pomogła czy coś. Białowłosa ujrzała moją osobę.

- O Matko Boska! – krzyknęła, i podjechała do mnie, w błyskawicznym tempie ściągnęła deskę i podbiegła do mnie, ja się tylko w duchu uśmiechnęłam.

- Boże święty, nic Ci nie jest? – zapytała, podchodząc do mnie i delikatnie podnosząc mnie do góry uważając na moje rany.
- Chyba nie… - powiedziałam, oczywiście skłamałam.  – choć i tak nie miałam siły nic mówić.
- Chodź, zabiorę Cię do mojej małej jaskini, wyglądasz strasznie. Nie ma mowy, żebym teraz dopuściła to tego, żeby coś Ci się stało! – powiedziała zapinając deskę. Wtedy naglę ogarnęła ją podobna energia do tej która mnie porwała, tylko, że ta była taka jakaś błękitna. Widocznie to dodało jej dużo siły, bo mogła mnie podnieść i dowieść do jaskini. To jej miejsce, ono było ogromne. Widać, że często spędzała tam czas. Delikatnie położyła mnie na kocu, a ta aura powoli zaczynała znikać. Błyskawicznie rozpaliła ognisko, zaparzyła jakiejś herbaty, pomogła mi usiąść a potem ponownie okryła moje plecy drugim kocem i dała mi tą herbatę. I kazała wypić, aby mi się polepszyło. Byłam taka spragniona, że nie ważne jakie było by świństwo to i tak bym się tego napiła. Ale herbatka tej nieznajomej nastolatki była bardzo dobra. Od razu pociągnęłam obfity łyk i mimo to dalej nie wiedziałam gdzie jestem. Białowłosa usiadła obok mnie. Ja postanowiłam dowiedzieć się, gdzie jestem.
- Prze..praszam, ale czy wiesz gdzie ja się znajduję. A dokładnie na jakiej planecie? – zapytałam z nadzieją na odpowiedź.
- Jesteś na Akillianie. A tak przy okazji Tia jestem.
Na, na, na… Akillianie? Czy mogło być lepiej… Hmm, na Akillianie zawsze miałam zmienione imię, Thran i Ahito zapamiętali mnie jako Emily. – Nazywam się Emily.
- Miło mi Cię poznać Emily. – powiedziała uśmiechnięta Tia. – Nie wiem czy powinnam się wtrącać, ale skąd masz takie rany?
- Pochodzę z planety Ziemia. A ja nie wiem jak tu trafiłam, szczerze mówiąc to się cieszę. Na Ziemi przeżyłam koszmar. I nie mam na razie ochoty o tym mówić, może później.
- Jak chcesz, to nie musisz wcale mówić, rozumiem Cię. – zielonooka (bo takie miała oczy) poszła do jakiejś szafki i wyciągnęła bandaż. Ja w tym samym czasie skończyłam pić gorąca herbatę, od razu poczułam się lepiej.
- Pokaż mi te rany, zabandażujemy je i będzie po kłopocie. – poprosiła o odsłonięcie ran.
- Coś Ty, nie będziesz tracić sobie cennego bandażu. – nie chciałam się zachowywać, jakby Tia była moją siostrą i miałaby mi usługiwać, albo pomagać… Ale ja jestem głupia.
- Weź mnie nie denerwuj, tylko odsłaniaj te rany głuptasku, nie ma mowy, żeby coś Ci się stało. – zaśmiała się, poczym spokojnie wodą utlenioną polała mi to bolące coś, a potem zabandażowała. Odłożyła ten biały przedmiot usiadła obok mnie.
- Prześpij się, jesteś wykończona… Będę tu nad Tobą czuwać.
- Dziękuje… Muszę znaleźć moich braci. – powiedziałam a Tia od razu zapytać mnie o coś postanowiła.
- Braci? A jak się nazywają?
- Ahito i Thran. – powiedziałam, i nie mogłam w to uwierzyć.
- Ahito i Thran Fort?
- Tak… Znasz ich?
- Oczywiście, mieszkają obok mnie. Nie wierze, to Twoi bracia. Nie ma mowy, zabieram Cie do nich. Tu jest zimno i twardo, nie będziesz się kisić w tej malutkiej jaskini. – powiedziała, i ponownie wyzwoliła tą energie.
- Ale ja dam sama rade iść. – powiedziałam tak, aby jej nie przemęczać, naprawdę dużo dla mnie zrobiła.
- Nie dasz! Uwielbiam używać oddechu, a zwłaszcza kiedy mogę komuś pomóc.
- Oddechu?
- To flux tej planety.
- Aha, przepraszam…
- Za co? Masz prawo nie wiedzieć. To teraz lecimy!
Tia uniosła się w powietrze i błyskawicznie spadła pod jakiś ogromny dom. Czy tu mieszka moja ostatnia rodzina?
- To tutaj, dom Ahito i Thrana. Niech zgadnę ty też się nazywasz Fort? Tak?
- Tak. – krótkim zdaniem odpowiedziałam.
- Zadzwoń tym dzwonkiem i ratuj się. Ja zrobiłam swoje, teraz będziesz w naprawdę dobrych rękach. – uśmiechnęła się Tia, przytulając mnie. Oczywiście zrobiłam to samo, objęłam ją rękoma w podzięce za ten trud. Byłyśmy razem pięć godzin, ale było warto. Ona nie była koleżanką już dla mnie, była przyjaciółką i białowłosa czuła to samo. Ja zadzwoniłam do drzwi, a Tu przed moimi oczami, stał Ahito. We własnej osobie, ale ile ja go lat temu widziałam. On nie mógł uwierzyć, że stoję pod jego drzwiami.
- To ja was samych zostawię. – powiedziała Tia po czym pobiegła do domu, który znajdował się kilka metrów od domu mojego braciszka.
- E… Emily? To naprawdę Ty?  - popatrzył na mnie, a z oka popłynęła mu łza, ze współczucia i szczęścia. Ja głupia patrzę się na niego, i zamiast coś kurwa z siebie wydusić to stoję jak słup.
- On wziął mnie delikatnie za rękę i zaprowadził do tego olbrzymiego domu.
- Chryste na niebie, co Ci się stało kochana?
- Długa historia – wreszcie jakaś para mi z mordy się ulotniła.
Ahito był sam w domu, zaprowadził mnie do sypialni i położył na łóżku… Jako że miałam na sobie, krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach to na dodatek przykrył mnie kołdrą i usiadł obok mnie, trzymał mnie za rękę, całą w bandażu od Tii. Uratowała mi życie.
- Emily, co Ci się stało? – zapytał z troską, głaszcząc moje włosy. Cóż, nawet nie wiedziałam jak wyglądają i jaki mają kolor. Chyba ten sam.
- To strasznie długa historia, ale Ci ją opowiem. Drastyczna, nie przeraź się.
- Co by niebyło, chcę się dowiedzieć kto Cie tak urządził?
Ahito po prostu nie mógł w to uwierzyć… Nie, nie, nie!
- Wujek Tomek nie żyje? Niemożliwe! Ale to mnie nie martwi aż tak, bardziej martwi mnie to co z Tobą ta matka zrobiła i te zbiry. – powoli zaczął szlochać. Nie puszczał mojej ręki… To był mój braciszek, rodzina na którą mogę liczyć.
- Siostrzyczko… - powiedział te słowa i pocałował mnie w czoło. Ja nie wytrzymałam, rozpłakałam się i podniosłam. Wtuliłam się w niego.
- Kocham Cię braciszku. – powiedziałam już cała zapłakana.
- A ja Ciebie Emily. – objął mnie.

Do pokoju wszedł Thran z jakąś walizką, upuścił ją i podbiegł do mnie. On poznał mnie od razu, zobaczył moje rany i to, że płacze. Usiadł na łóżku i przytulił mnie, wtem gdy Ahito „zwolnił miejsce”.
- Emi, co Ci się stało? – zapytał z troską, podczas gdy ja wciąż płakałam. Nie odpowiedziałam na pytanie, bo byłam strasznie zapłakana.
- Stary, to nie czas na takie pytania….
 - Jestem Akillianinką - pomyślałam sobie. - Ja żyje...
No i kurcze pieczone gotowe! Jutro chyba dodam następną notkę. Będzie ich mnóstwo… Wydaje mi się, że skończę pisać dopiero 30 grudnia 2011 ;] 

[0]. Prolog


 0.Prolog

- Nie mamo! Nie zrobię tego! – krzyczałam i próbowałam odmówić!
- Zrobisz, albo pożałujesz! – ona dalej próbowała mnie do tego zmusić, i uderzyła w policzek.
- Nie! Zostaw mnie! Jesteś walnięta! Ratunku! – wgniotła mnie w łóżko i próbowała zmusić do tego haniebnego czynu!
- Masz go zabić, albo ja zabije Ciebie!
- Puść mnie! Duszę się! – łzy zaczęły mi lecieć z oczu – Nie zabije mojego ojca!
- To się duś, albo nie mam lepszy pomysł. – szarpnęła mnie za ręce i przywiązała do łóżka, ja cała we krwi od ran zadanych nożem, nie śmiertelnych, ale bolesnych.
- Teraz tu zdechniesz z głodu, a Twój ojciec pożegna się z życiem!
- Niee! Nie rób mu nic błagam Cię! – błagałam szlochając, już byłam całkowicie zmęczona, a rany zaczęły mnie piec.
- Haha! I jeszcze jedno, żałuje, że Cię urodziłam.
- Zobaczysz! Resztę, życia spędzisz w więzieniu!
- A ty w piekle – ostatnie jej słowa, wyszła z pokoju zaczynając się śmiać jak oszalała.

Ja Alicja byłam przywiązana do łóżka, cała we krwi swojej, lina była obcierała moje dłonie oraz kostki. Próbowałam się uwolnić zrobić wszystko byle by uciec z tego cholernego i przeklętego miejsca. Nagle światło. Białe, jasne, oślepiające światło, czy to mój koniec? Z sekundy na sekundę mój organizm zaczynał się osłabiać, traciłam przytomność i światło zgasło.

Budzę się, wszędzie ciemność. Przed moimi słabymi podpuchniętymi oczami ukazał się widok zardzewiałych krat. Przypięta metalowym łańcuchem do ściany, nie mogłam się poruszyć. Spojrzałam na dłonie, były poobdzierane. Spojrzałam na swój brzuch… A na nim ogromna plama krwi. Już zaschnięta. Wchodzi ktoś do tej klatki, jakiś mięśniak odpina mnie od tego szarego łańcucha, łapie za nogi, ciągnąc do jakiegoś pomieszczenia, rysując moją twarzą o jakiś twardy i szorstki beton, który zadawał mi więcej bolesnych ran. Próbowałam się szarpnąć, ale bałam się. Łzy mi leciały, ale nie dałam znaku, że płacze. Ten bandzior zaprowadził moją osobę do jakiegoś pokoju, podniósł mnie i rzucił o ziemie. Ja tylko skuliłam się z bólu i spojrzałam do przodu. Mój ojciec, przypięty do jakiejś ściany pokrytej białym tynkiem. Prawie cały rozebrany. Usłyszałam tajemniczy dla mnie głos.

- Przytrzymajcie ją, w razie gdyby chciała uciec ta smarkula. – rozkazał jakiś kobiecy głos, powoli mi zaczynał przypominać głos mojej matki. I to była ona. Dwóch zbirów złapało mnie za ręce i podniosło, kierując mój wzrok na mojego kochanego tatę, który był na ścianie śmierci.
- Ala! Kochanie… - powiedział resztkami sił.
- Co mu zrobiliście!? – zapytałam krztusząc się.
W tedy ukazała się postać mojej mamy, nie nazywałam już jej tak. Ona była wrogiem, złym człowiekiem.
- Teraz tylko popatrzysz na jego śmierć.
- Niee! – krzyknęłam już płacząc.
- Zaklejcie jej mordę. – rozkazała ta bezlitosna cholera. Zbiry właśnie tak zrobili. Podeszła do niego.
- Proszę, proszę, tak to jest jak się zdradza żonę…!
- Nie zdradziłem Cię, Agnieszka sama mnie pocałowała nie miałem na to wpływu, odepchnąłem ją i …
- Nie wciskaj mi tu kitu ty skurwysynie zajebany! Zdradziłeś mnie i za to zapłacisz.
- Dobra! Mogę zginać, ale proszę zostaw moją córkę! Jeżeli już, to chce dla niej zginąć! – bronił mnie tata, który zawsze był obok mnie. Dostawałam dobre lub złe oceny, za dobre wynagradzał w postaci kieszonkowego, a za złe pocieszał. Nawet z moją średnią 3,4 w podstawówce nie gniewał się. Wierzył we mnie, że dojdę na studia pokładał nadzieje, a teraz ma się to skończyć. Śmierć jego bliska. Ona wyciągnęła pistolet z nawet nie wiem z czego, opuściłam głowę, jednak jeden z jej pachołków podniósł mi głowę i kazał patrzeć na śmieć swojego ojca, bo inaczej mnie zabije. Wtem przystawiła pistolet do jego głowy… i wystrzeliła. A ja czułam się jak już umieram… Chcę to skończyć! Nie! Nie chcę tu dalej żyć. Jego krew rozbryzgała po całej ścianie.

Blood, blood, blood…. It’s Cannot be real!
- Tatusiu, nie zostawiaj mnie błagam! Wiesz, że cię kocham! – pomyślałam… A łzy już nawet ochoty nie miały mi płynąc… Tracąc mojego ojca, straciłam siebie. 

- Co mamy z nią zrobić – zapytał jeden pachołek, a ja na niego popatrzyłam, nie widziałam twarzy bo była cała zamaskowana…
- Wywalcie gdzieś do lasu tego śmiecia… - rozkazała. Wspomniałam, że to mój koniec.
- Tak jest. – popatrzyłam się na swojego już martwego ojca, krew zalała jego twarz. Nie widziałam go już…. Przepadł na wieki.  Ale gdzie ja byłam, w jakiejś opuszczonej fabryce, a niedaleko jej znajdował się las. Tych dwóch zbirów wrzuciło mnie na jakieś ostre patyki, w głębi lasu. Zadając mi więcej ran, ale już nie bolesnych… To nie i tak, i tak nie miało sensu. Po chwili się rozpadało, było ciemno, tylko błyskawice rozświetlały to niebo. A ja prawie martwa leże na gałęziach i umieram…
I znowu jasność, oślepiająca. Co się ze mną dzieje, czy już odchodzę z tego okrutnego świata?
Jasność znowu zniknęła… Otwieram oczy, widzę błękit. Niebo, las w którym spędziłam straszną noc. Myślałam, że to wszystko to był tylko sen, ale to była rzeczywistość, mroczna rzeczywistość… Miałam tylko ich… Tylko to rodzinę… Dziadki nie żyją. Popatrzyłam na swoje nogi i ręce… Zaschnięte rany, nie miałam sił aby się podnieś, jednakże spróbowałam… Udało mi się, ledwo. Byłam głodna, spragniona i nikt nie mógł mi nic zaoferować. Wstałam i wyszłam z tego małego dołka, wypełnionego tymi ostrymi patykami. Kulałam na lewą nogę. Idę trzymając się drzew, które ratują mnie od kolejnego upadku. Straszny ból przeszywa moje części ciała. Planeta ziemia, zła ziemia. Wychodzę na drogę, nie ma ratunku. Opustoszała droga, nie ma żywej duszy… Moja chyba jest już martwa.
Przechodzę przez jezdnie, padam na jej środku… Zbliża się jakiś samochód… Ja nie mogę wstać, było mi to już obojętne… Chcę zginać, jak mój ojciec. To się do mnie zbliża, jest już blisko! Widzę już z oddali rejestrację tego samochodu… On naglę przyśpieszył… Widział mnie na pewno, chcę abym zginęła. Czekam minutę, dlaczego wciąż żyje? Odwracam się… Pojazd śmierci zniknął… Moje przywidzenia. Szosa zaczynała się robić coraz cieplejsza… Teraz byłam pewna… Ona jest opuszczona. Wstałam i ruszyłam na jej drugą stronę. Zobaczyłam jakąś opuszczoną chatę, weszłam do niej… Znajdowała się nim siekiera, drewno i zapałki… Orzechy laskowe… Była opuszczona, pewne to było. I wtedy przypomniałam sobie coś co odmieniło mój los, zdecydowałam się żyć dalej. A dokładnie dwie rzeczy przypomniałam.

Pamiętaj, chcę abyś trwała do końca. Chcę, być z Ciebie dumny.”

Gdzieś tam daleko znajduje się dwóch braci, ciocia i wujek… Ostatnia moja rodzina… Tylko, że oni mieszkają od ziemi miliony lat świetlnych.

Wzięłam, te zapałki i rozpaliłam ogień, a siekierki użyłam do rozbijania tych orzechów… Zjadłam wszystkie jakie tam były… Poczułam się nieco lepiej, padłam na te deski ogrzewając się ogniem.

- Przysięgam Ci tato, nie zawiodę Cię. – powiedziałam po cichu… - Muszę się dostać na Akillian, ale to niemożliwe… Ja mam rodzinę, ostatnią nadzieję na przeżycie… Ahito i Thran, moja najbliższa rodzina… Raz w życiu ich widziałam. Nagle jakaś niebieska fala zaczęła wpływać do chaty. Otoczyła mnie i porwała… Coś mnie ogłuszyło… Obudziłam się, było mi bardzo zimno… Wygląd mojej skóry, ciała, włosów, nosa… Wszystko się zmieniło. A każdy koniec mojego ciała… Był pokryty cieniutką czarną linią. Byłam cała w śniegu …