1. Nadeszła pomoc i nadzieja.
Te czarne linie to były kontury, takie jakie ma rasa ludzi z galaktyki Zaelion. Ras tej galaktyki widziałam mnóstwo, mecze galaktycznego futbolu emitowali na Eurosporcie, a ja kocham sport. Mało co go oglądałam, bo matka się znęcała. Ale to co zrobiła… To było niewybaczalne.
Wracając do tematu, gdzie ja byłam. Kontury, cieniutkie kontury.
- Gdzie ja jestem? – pomyślałam. Byłam w ogromnej białej dziurze, która miała wygląd mnie tak jakbym na placka spadała. Popatrzyłam się w bok i zobaczyłam nieco czerwonego płynu, mojego płynu niestety. Pewnie podczas mojego upadku, musiałam sobie mocno jeszcze obedrzeć rany.
- Muszę się ruszyć i zobaczyć gdzie jestem… - próbowałam wstać ile sił, ale nie udało mi się. – No cóż… drugie podejście – tym razem jakoś wstałam i wyszłam z tego „śnieżnego dołka”. Wędrująca dziewczyna z białymi i krótkimi włosami jeździła na snowboardzie. Tylko dlaczego ja głupia nie krzyknęłam, żeby mi pomogła czy coś. Białowłosa ujrzała moją osobę.
- O Matko Boska! – krzyknęła, i podjechała do mnie, w błyskawicznym tempie ściągnęła deskę i podbiegła do mnie, ja się tylko w duchu uśmiechnęłam.
- Boże święty, nic Ci nie jest? – zapytała, podchodząc do mnie i delikatnie podnosząc mnie do góry uważając na moje rany.
- Chyba nie… - powiedziałam, oczywiście skłamałam. – choć i tak nie miałam siły nic mówić.
- Chodź, zabiorę Cię do mojej małej jaskini, wyglądasz strasznie. Nie ma mowy, żebym teraz dopuściła to tego, żeby coś Ci się stało! – powiedziała zapinając deskę. Wtedy naglę ogarnęła ją podobna energia do tej która mnie porwała, tylko, że ta była taka jakaś błękitna. Widocznie to dodało jej dużo siły, bo mogła mnie podnieść i dowieść do jaskini. To jej miejsce, ono było ogromne. Widać, że często spędzała tam czas. Delikatnie położyła mnie na kocu, a ta aura powoli zaczynała znikać. Błyskawicznie rozpaliła ognisko, zaparzyła jakiejś herbaty, pomogła mi usiąść a potem ponownie okryła moje plecy drugim kocem i dała mi tą herbatę. I kazała wypić, aby mi się polepszyło. Byłam taka spragniona, że nie ważne jakie było by świństwo to i tak bym się tego napiła. Ale herbatka tej nieznajomej nastolatki była bardzo dobra. Od razu pociągnęłam obfity łyk i mimo to dalej nie wiedziałam gdzie jestem. Białowłosa usiadła obok mnie. Ja postanowiłam dowiedzieć się, gdzie jestem.
- Prze..praszam, ale czy wiesz gdzie ja się znajduję. A dokładnie na jakiej planecie? – zapytałam z nadzieją na odpowiedź.
- Jesteś na Akillianie. A tak przy okazji Tia jestem.
Na, na, na… Akillianie? Czy mogło być lepiej… Hmm, na Akillianie zawsze miałam zmienione imię, Thran i Ahito zapamiętali mnie jako Emily. – Nazywam się Emily.
- Miło mi Cię poznać Emily. – powiedziała uśmiechnięta Tia. – Nie wiem czy powinnam się wtrącać, ale skąd masz takie rany?
- Pochodzę z planety Ziemia. A ja nie wiem jak tu trafiłam, szczerze mówiąc to się cieszę. Na Ziemi przeżyłam koszmar. I nie mam na razie ochoty o tym mówić, może później.
- Jak chcesz, to nie musisz wcale mówić, rozumiem Cię. – zielonooka (bo takie miała oczy) poszła do jakiejś szafki i wyciągnęła bandaż. Ja w tym samym czasie skończyłam pić gorąca herbatę, od razu poczułam się lepiej.
- Pokaż mi te rany, zabandażujemy je i będzie po kłopocie. – poprosiła o odsłonięcie ran.
- Coś Ty, nie będziesz tracić sobie cennego bandażu. – nie chciałam się zachowywać, jakby Tia była moją siostrą i miałaby mi usługiwać, albo pomagać… Ale ja jestem głupia.
- Weź mnie nie denerwuj, tylko odsłaniaj te rany głuptasku, nie ma mowy, żeby coś Ci się stało. – zaśmiała się, poczym spokojnie wodą utlenioną polała mi to bolące coś, a potem zabandażowała. Odłożyła ten biały przedmiot usiadła obok mnie.
- Prześpij się, jesteś wykończona… Będę tu nad Tobą czuwać.
- Dziękuje… Muszę znaleźć moich braci. – powiedziałam a Tia od razu zapytać mnie o coś postanowiła.
- Braci? A jak się nazywają?
- Ahito i Thran. – powiedziałam, i nie mogłam w to uwierzyć.
- Ahito i Thran Fort?
- Tak… Znasz ich?
- Oczywiście, mieszkają obok mnie. Nie wierze, to Twoi bracia. Nie ma mowy, zabieram Cie do nich. Tu jest zimno i twardo, nie będziesz się kisić w tej malutkiej jaskini. – powiedziała, i ponownie wyzwoliła tą energie.
- Ale ja dam sama rade iść. – powiedziałam tak, aby jej nie przemęczać, naprawdę dużo dla mnie zrobiła.
- Nie dasz! Uwielbiam używać oddechu, a zwłaszcza kiedy mogę komuś pomóc.
- Oddechu?
- To flux tej planety.
- To flux tej planety.
- Aha, przepraszam…
- Za co? Masz prawo nie wiedzieć. To teraz lecimy!
Tia uniosła się w powietrze i błyskawicznie spadła pod jakiś ogromny dom. Czy tu mieszka moja ostatnia rodzina?
- To tutaj, dom Ahito i Thrana. Niech zgadnę ty też się nazywasz Fort? Tak?
- Tak. – krótkim zdaniem odpowiedziałam.
- Zadzwoń tym dzwonkiem i ratuj się. Ja zrobiłam swoje, teraz będziesz w naprawdę dobrych rękach. – uśmiechnęła się Tia, przytulając mnie. Oczywiście zrobiłam to samo, objęłam ją rękoma w podzięce za ten trud. Byłyśmy razem pięć godzin, ale było warto. Ona nie była koleżanką już dla mnie, była przyjaciółką i białowłosa czuła to samo. Ja zadzwoniłam do drzwi, a Tu przed moimi oczami, stał Ahito. We własnej osobie, ale ile ja go lat temu widziałam. On nie mógł uwierzyć, że stoję pod jego drzwiami.
- To ja was samych zostawię. – powiedziała Tia po czym pobiegła do domu, który znajdował się kilka metrów od domu mojego braciszka.
- E… Emily? To naprawdę Ty? - popatrzył na mnie, a z oka popłynęła mu łza, ze współczucia i szczęścia. Ja głupia patrzę się na niego, i zamiast coś kurwa z siebie wydusić to stoję jak słup.
- On wziął mnie delikatnie za rękę i zaprowadził do tego olbrzymiego domu.
- Chryste na niebie, co Ci się stało kochana?
- Długa historia – wreszcie jakaś para mi z mordy się ulotniła.
Ahito był sam w domu, zaprowadził mnie do sypialni i położył na łóżku… Jako że miałam na sobie, krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach to na dodatek przykrył mnie kołdrą i usiadł obok mnie, trzymał mnie za rękę, całą w bandażu od Tii. Uratowała mi życie.
- Emily, co Ci się stało? – zapytał z troską, głaszcząc moje włosy. Cóż, nawet nie wiedziałam jak wyglądają i jaki mają kolor. Chyba ten sam.
- To strasznie długa historia, ale Ci ją opowiem. Drastyczna, nie przeraź się.
- Co by niebyło, chcę się dowiedzieć kto Cie tak urządził?
Ahito po prostu nie mógł w to uwierzyć… Nie, nie, nie!
- Wujek Tomek nie żyje? Niemożliwe! Ale to mnie nie martwi aż tak, bardziej martwi mnie to co z Tobą ta matka zrobiła i te zbiry. – powoli zaczął szlochać. Nie puszczał mojej ręki… To był mój braciszek, rodzina na którą mogę liczyć.
- Siostrzyczko… - powiedział te słowa i pocałował mnie w czoło. Ja nie wytrzymałam, rozpłakałam się i podniosłam. Wtuliłam się w niego.
- Kocham Cię braciszku. – powiedziałam już cała zapłakana.
- A ja Ciebie Emily. – objął mnie.
Do pokoju wszedł Thran z jakąś walizką, upuścił ją i podbiegł do mnie. On poznał mnie od razu, zobaczył moje rany i to, że płacze. Usiadł na łóżku i przytulił mnie, wtem gdy Ahito „zwolnił miejsce”.
- Emi, co Ci się stało? – zapytał z troską, podczas gdy ja wciąż płakałam. Nie odpowiedziałam na pytanie, bo byłam strasznie zapłakana.
- Stary, to nie czas na takie pytania….
No i kurcze pieczone gotowe! Jutro chyba dodam następną notkę. Będzie ich mnóstwo… Wydaje mi się, że skończę pisać dopiero 30 grudnia 2011 ;]